[stosunki
międzyludzkie i ich częste zmiany]
„Miłość jest wtedy… kiedy kogoś lubimy… za bardzo.”-A. A. Milne
Szósty zmysł
Marleny podpowiadał jej już, że zbliża się pora stosowna do wstania i obudzenia
dziewczyn, bo same na pewno tego nie zrobią. W związku z tym, że w ich
dormitorium nie istniało coś takiego jak budzik, dziewczyna zawsze czuła się
odpowiedzialna za wyrwanie przyjaciółek z objęć Morfeusza, chociaż nie należało
to do łatwych zadań. Dorcas na przykład nieświadomie rozpychała się łokciami,
gdy ktoś ją budził, przez co przypadkiem nabiła przyjaciółce kilka sińców. W
takich warunkach naprawdę ciężko być tą, która budzi się najwcześniej.
Wiadomo jednak, że McKinnon, jak każdy inny człowiek,
również lubiła od czasu do czasu dłużej sobie pospać, a żeby się zmotywować do
gwałtownej pobudki, pewnie grubo przed czasem, liczyła zawsze do dziesięciu, a
potem unosiła zmęczone powieki i jęczała głośno. Obróciła się na drugi bok.
Raz, dwa, trzy… Czemu
tu jest tak jasno?
Cztery, pięć sześć… Czy
to słońce tak ją praży w twarz?
Siedem, osiem… Czy
ona w ogóle leży na łóżku?
Dziewięć… Gdzie
zapach mazideł Emmeliny, który zawsze roznosi się w dormitorium numer cztery?
Dziewięć i pół… Czemu
Dor nie gada przez sen? Czemu nie słychać cichej muzyki spod łóżka Lily?
Dziesięć.